|
niedziela, 14 czerwca 2009
Powrót grafomana
Daaawno mnie tu nie było, przynajmniej aktywnie, a pewnie szkoda. Szkoda co prawda niewielka, zważywszy na znikomą popularność tego bloga, przynajmniej w porównaniu z popularnością, jaką cieszą się moje kulinarno-fotograficzne próby: http://fotoforum.gazeta.pl/u/szalony_kucharz.html. Nie mając obecnie nic lepszego do roboty, postanowiłem dokonać wiwisekcji własnego stylu, zdaje mi się niebezpiecznie pikującego ostatnio w odchłań grafomanii. To, co nastąpi poniżej jest próbą oszacowania strat na talencie (jakkolwiek wyjściowo marnym by się nie jawił) poniesionych przez dwa i pół roku nocnego trybu życia, pięć lat poniewierki na obczyźnie i wiążącej się z nią utajonej samotności i bezdomności. Jednocześnie staram się jak mogę ubrać w słowa to, co najzwyczajniej po zwierzęcemu przeżyłem, (lub zdawało mi się, że przeżyłem) po to, aby w oczytanej szacie doświadczyć tego po ludzku, ze strzępionym od gadania językiem i zdrętwiałymi od pisania nadgarstkami. Po cichu liczę, że Wam - kimkolwiek i w jakiejkolwiek sile jesteście - równie po ludzku spuchną od tego oczy, zdrętwieje podpierana lewą ręką żuchwa i rozboli głowa. * * * PROLOG
To wszystko zdarzyło się naprawdę. A może się tylko przyśniło? Lubił kobiety, wręcz je ubóstwiał. Jego fiksacja na ich punkcie posunięta była do tego stopnia, że swego czasu namiętnie w myślach miętosił scenę iście haremową: jego długie, ciemne włosy z czułością zaplatały w warkocze dwie jego najlepsze podówczas koleżanki, a on sam rozpostarty na atłasowym tronie spoczywał z miną wyrażającą absolutny pokój duszy, ledwie zachmurzoną szlachetną ponurością. Tak sobie wyobraził kiedyś – nie miał wtedy jeszcze dwudziestu lat - fragment swojego życia idealnego. Owszem, scena trąciła żenującym klimatem air-brushowej fantazji na kredowym papierze, zwłaszcza, że śmiałe krągłości wyobrażonych koleżanek okrywały nasadzane klejnotami staniki i sznurowane rzemieniami skórzane botki. W rzeczywistości jednak naturalna niedoskonałość ich ciał oraz braki w garderobie zniszczyłyby fantazję, gdyby kiedykolwiek miała się ziścić. Trudno było by przecież znieść widok poszarzałego biustonosza, jak ciasnymi objęciami uwypukla bladą pierś spośród falującego brzuszka właścicielki, najwyraźniej rozsmakowanej w studenckiej diecie z piwa, chińskich zupek i pizzy na telefon. Siebie też byłoby trudno sobie wyobrazić, z posturą łykowato otyłego trolla zamiast Conanowych splotów mięśni i przetłuszonymi rozdwajającymi się końcówkami blond włosów, które uchodzić miałyby za gęste czarne pukle. Tylko mina się zgadzała: przytomnie drapieżne oczy i grymas bladego uśmiechu, wyrażające absolutny spokój duszy, ledwie zachmurzony szlachetną ponurością. Lecz i to się miało zmienić, kiedy za kilka lat gęstniejąca chmura senności wraz z rozbabranymi, niedrożnymi nozdrzami przydadzą jego obliczu apatyczności nieobecnego spojrzenia i półotwartych ust. Nie wybiegajmy jednak nadto, na razie dość nam wiedzieć, że był ponurakiem. Zdaje się, że ponurakiem sympatycznym, a to dzięki absurdalnemu poczuciu humoru, jak i nieuleczalnej słabości do kobiet, nawet jeśli były to koleżanki nie tak zachwycające, jak zlepki aktorek porno, wyściełających całe nieomal wnętrze jego dziewiętnastoletniego umysłu. Tym niemniej ponure usposobienie miał. Nie wnikajmy w tej chwili natury owego pesymizmu, przed nami jeszcze wiele stron wyjaśnień. Wybaczyć także należy taką a nie inną postać jego nastoletniej jeszcze wizji. To były wczesne lata dziewięćdziesiąte XX wieku, czas długich włosów u mężczyzn, lektur Sapkowskiego, flanelowych koszul i heavy-metalowych ballad. Co delikatniejsze konstrukcje psychiczne nie były podówczas w stanie oprzeć się ułudzie świata, w którym mężczyźni noszą miecze, a ich kobiety... pochwy. Powaga post-realizmu i jałowość dorosłego życia miały dopiero nadejść. Na razie wszyscy, co studiowali, robili to po to, żeby pomiędzy jedną sesją a drugą oddawać się wielogodzinnym marzeniom, karmionym komputerowymi grami, beletrystyką, koncertami, chmielowymi wypadami za miasto; a wszyscy, co pracowali, robili to po to, żeby za kilka lat za odłożone pieniądze nabyć wsi kilka, targowe miasteczko, konia z rzędem, zbroję i oręż, by ratować piękną białogłowę z rąk grasujących w pobliskich lasach zbójeckich orków. Albo przynajmniej kupić gitarę basową z sześcioma strunami i założyć zespół, który stanowiłby rodzimą odpowiedź na fenomen Seattle. Jego umysłowość chyba nie odbiegała nadto od panujących podówczas trendów. W każdym bądź razie beztroska marzycielskość, choć ciemniejszymi kolorami operująca, pozwalała mu nie dostrzegać oddalenia od innych. Do czasu, kiedy... Moglibyście spytać w tym miejscu, dlaczego o nim piszę, zaczynając od młodzieńczej fantazji - banalnej i dla chłopaka w takim wieku typowej. Przecież każdy facet był kiedyś chłopcem, któremu w głowie roiły się tabuny kobiet przygodowych. Ponoć niektórzy faceci w dalszym ciągu są chłopcami, tylko kobiety przygodowe ich snów stały się kobietami przygodnymi na jawie. To tak prozaiczne, że się nawet na prozę nie nadaje. A może? Może właśnie macie przed sobą niedojrzałego człowieka, którego zwichnięty odbiór rzeczywistości, umysłowa naiwność wykształconego fajtłapy, nietrafione postanowienia i półdecyzje oraz niezgrabny styl pisarski tchnęły życie w kolejną ludzką komedię, pełną dziwacznych person, niedorzecznych dialogów, egzotycznych podróży, fantastycznych perypetii i jednego morału? Niee! Powód rozpoczęcia w ten, a nie inny sposób jest inny. Otóż tego ranka, kiedy budził się z tym samym, co zasypiał poprzedniego wieczora przekonaniem, że wszystko, co mu się mogło przydarzyć już się przydarzyło, tuż przed samym przebudzeniem przyśniło mu się, że na powrót zapuścił włosy. Tym samym utwierdził się we wspomnianym przekonaniu, zataczającym nad jego krótkowłosą teraz głową krąg o promieniu pięciu lat, i jednocześnie przypomniała mu się młodociana wizja czułych koleżanek, diabli wiedzą, co się z nimi dzieje. Wciąż rozczmuchany na pograniczu snu, jawy i delikatnego kaca – a to stan wybitnie podatny na sugestie, również własne – doznał czegoś na kszałt epifanii. Olśniło go światełko nie tyle na końcu, co na początku tunelu. Jak łosoś brnący wbrew biegowi strumienia wydarzeń, dotarł do źródła i celu swojej wędrówki. Koło zatoczone i krąg się zamknął. Nie wokół niego. Nie wokół kobiet. W środku tkwiła Jego do Kobiet Słabość. Wydobyte z zakamarków pamięci postacie poskromionych amazonek uosobiły mu to. Uniósł się na użyczonym siostrzaną gościnnością łóżku. Jego trzydziestotrzyletniemu ciału, choć starszemu, o wiele bliżej było do teraz do Conanowego ideału, niż dziewiętnastoletniemu młokosowi z lekką nadwagą, którym był kiedyś – a to dzięki modyfikacji diety i surowemu reżimowi fizycznych ćwiczeń, albo może przez towarzyszące utajonej samotności wychudzenie i ucieczkę w podstępnie wyniszczającą organizm nocną pracę. Spojrzał w sufit wzrokiem już nie wypatrującym hardo horyzontu zdarzeń, a raczej wtopionym bezradnie w pustkę przyszłości i jak tonący uchwycił się spłodzonej ze snu myśli o Swojej do Kobiet Słabości. Przekonany, choć nie do końca (jak zresztą wielu z nas), że w słabości tkwi siła, postanowił podźwignąć się z zagubienia i opowiedzieć sam sobie -najlepiej wszystko dokładnie rozpisując - jak to się stało, że szczęśliwy w naiwności swojej chłopak, po latach, jako rzekomo dojrzały mężczyzna nie potrafi się odnaleźć pośród emigrankiej niedoli, ekonomicznego kryzysu, w cudzych pieleszach, pozbawiony własnego kąta, bez zapewnionych środków do życia i bez pomysłu na ich pozyskanie, za to z niejasnym poczuciem zaciągniętych zobowiązań w stosunku do wciąż topniejącego kręgu osób dla niego ważnych. Kobiece bóstwo w maszynie właśnie dostrzegł. Obręcz zamachowego koła o promieniu równym pięciu lat zamajaczyła także. Pora było puścić całość w ruch. Nie wiedział jeszcze, jak to wpłynie na jego plany. Nie wiedział jeszcze, czy taki właśnie był jego pomysł na walkę z własnym bezrobociem. Nie oceniał, czy to lepsze od przesiadywania godzinami na internetowych forach zajęcie. Nie miał pojęcia, czy dobrze postępuje swój pamiętnikarski zamiar przedkładając nad projekt socjologicznej pracy o straconym pokoleniu ostatniego demograficznego wyżu. Nawet nie do końca był przekonany, że wszystko, co mu się mogło przydarzyć już się przydarzyło. Nie wiedział zatem, czy zdoła opowiedzieć sam sobie - najlepiej wszystko dokładnie rozpisując - jak to się wszystko stało. Ale będzie próbować. Patrzcie zatem!
sobota, 11 listopada 2006
Kurwy i nocni portierzy...
Hej... Miałem już tak dawno, tak dawno miałem już napisać... Napisać, że żyję, że tęsknię, że czekam, oddycham i wzdycham. I że melancholijnie patrzę się w piach gwiezdny rozsypany w granatowy oczodół nieba ![]() i że przepotężna magia tej chwili podźwiga wreszcie struchlałe w piersi serce moje i wrzeszczę dogłębnie z grasicy, oddechem pierwszym noworodka i wszystko zalewa zapach świeży. I ze nastaje skoszona trawa,
i jest zatęchła lekko butwiejącym krylem morska bryza, i duszny różowy mrok maminej spódnicy, i gryzący dym gotowanej smoły - te wszystkie wonie pierwsze, heraldy obwieszające nadejście Przygody. I że te są, no kolory jaskrawe jakby oczy miętową gumę żuły.
I jest wrażenie celestialne, i doświadczenie szmaragdowe.
I rrrrrrrrrrrrrrudy płomień bez końca odciska piętno. I zdarzenia nie mają imion, tak doniosłe są, ![]()
że tylko "mouth agape" i "rendered speechless"... I wobec zdarzeń tych twarzą staję - jedną z tych min niewyraźnych i dobitnych naraz, znamionujących albo mądrość dogłębną czy bezdenny kretynizm. I...... To wszystko miałem, albo nie miałem napisać, tylko chciałem, żeby się samo z siebie takim natchnieniem napisało. Miałem zdjąć tysiące Jej i innych twarzy, a potem fotki w świat posłać, żeby zobaczyli i uwierzyli wreszcie, że piękno dostrzegam, gdyż artysty duszę mam. Miałem jak jaźwiec do wiosny przeczekać. Miałem upiec ciasto. Miałem wysłać CV. Miałem kupić gorset. Miałem skonsultować się z konsulatem. Miałem odnaleźć wreszcie siebie w poukładanej stercie świata i przestać odczuwać tak przemożny niepokój istnienia. A ja co? ![]() A ja śpię. Zasnąłem. I śni mi się sen, nie powiem czy piękny jest czy straszny, bowiem wrażenie jakie na mnie sen ów wywiera także jest śnieniem, i przez to mało wiarygodnym wrażeniem przecież. A sen mi się śni taki, że opuściłem 20 miesięcy temu poznański barłóg i znalazłem nowy tam, gdzie rosną palmy i gdzie sól nawet konserwanty ma,
a tubylcze dziewczęta włosy proste, rudawe, oczęta niebieskie i usta pełne, rozchylone wpoły. I że barłóg mój współdzielę w tym okresie z trzydziestoma innymi miśkami o mniej lub bardziej lisich pyskach,
i że sprowadzam Wyliniałą Lwicę, którą w końcu wypędzam, uprzednio sprowadziwszy na osłabiającą miękkim bezmiarem pościeli mieliznę łóżek do słania. I śnię, że sam w międzyczasie param się myciem naczyń - zajęciem, do którego perwersyjne wręcz zamiłowanie zaszczepiła mi mama. Aż pewnej nocy uświadamiam sobie senność świata tego, a że we śnie wszystko jest możliwe, to zrzucam czarny, pomyjami sfatygowany łach i przedzieżgam się w odźwiernego, woźnego, kelnera i ustawiacza krzeseł zarazem i w końcu Świnka takiego mnie we śnie nawiedza. I cieszy się, że tak mi smacznie się pochrapuje, a ja ją widzę i nie wiem, czy cieszyć się mam, bo przez sen jakaś taka inna jest, obca jakby, no i wbrew rozpowszechnionemu w niektórych kręgach o Świnkach mniemaniu młodsza się nie robi. I śni mi się co gorsza - i tu kołdrę rozkopuję spocony - że śniąc o niej o innej osobie marzę. I wtedy przez sen krzyczę... Na nią.
Świnkę. Wreszcie wyśnione dólary pozwalają mi ziścić marzenia, te które każdy prawdziwy marzyciel w ciemności dzikim kwikiem pod poduchę chowa. ![]() I marzenia te ulatniają się jak złoty pył z purpurowej szkatułki kiedy ją otworzyć. Śni mi się, że w pornografii nie ma nic, że żaden ze mnie demon seksu, ni mroków dusz kobiecych przewodnik, tylko...
wiecznie zaspany nawykowy masturbator i dłubacz w nosie, którego gawędy zaciekawią tylko czasem... ![]() ... prawdziwych draniów.
I ona mi wtedy robi zdjęcie, na którym jestem... ... piękny... i ja też jej robię zdjęcie, na którym jest piękna, lecz podarowuję jej inne, którego potem nie zabiera. Szafę na gorsety również odpuszcza. Aż w końcu śni mi się, że zjeżdża się rodzinka i wszyscy żyjemy długo i szczęśliwie.
I tylko czasem mnie ktoś szturcha i budzi, że obiad, że podpis, że rachunek, że bilet, że dziecko, że okruszki, że konsulat, że histerektomia i paznokcie, że wstawaj już! A ja znowu odchodzę w polarną noc. Nie dlatego, aby siebie odnaleźć. Przeciwnie. Żeby już siebie nie szukać. Takie krzątanie się wokół własnej osoby to daremny trud.
sobota, 14 maja 2005
INDUCTION part 1
Moich gorzkim woskiem zamulonych uszu, a właściwie to śpiochami zawalonych oczu doszły wieści, że stanowczo skąpię Wam moich wrażeń z pobytu tutaj, czyli tam, gdzie palmy. No cóż... Przyznaję, że się ostatnimi tygodniami skryty zrobiłem i małomówny, gdyż najzwyczajniej w świecie wstyd mi jest nie mieć nic ciekawego do zakomunikowania, prócz niewyróżniających się niczym szczególnym obserwacji i dobrze każdemu znanych opinii. Nie wiem, jak to opisać, znaczy się wiem, ale niepewny jestem, czy dotrze w możliwie najbliższej pożądanej postaci. A bardzo mi na tym zależy. To tak, jakby przydzielenie mi numeru PPS i skierowanie przez agencję do pracy w fabryce kompaktów zdemaskowało mnie jako niewykwalifikowaną małpę, co przed kłusownikami uciekając wpadła na podwórko agroturystycznego gospodarstwa i się wplątała w porozwieszane na sznurku pranie profesora zamorskiego uniwersytetu, który wywczasowując się kolejny akademicki podręcznik pisać kończy. Czuję się równie niedorzecznie, jak straszliwa społeczna chybryda o ciele kelnera i głowie intelektualisty, albo jak pan Achille, krótko i dosadnie określony przez doktora Rogé mianem starego bzika. I nie mam nic na obronę swojej godności i prawa do samookreślenia się. Oręż mi z ręki wytrącili, palce połamali, a język ucięli w tak przemyślny sposób, że jedyne dźwięki, jakie jestem w stanie z siebie wydobyć to "OK, OK". Pozwólcie zatem, że zanim własny odzyskam, głosu użyczę komu innemu, kto być może wprowadzi Was w celtycki klimat małej zielonej wyspy i przybliży nieco wredny charakter jej mieszkańców. Któż inny miałby to uczynić, jeśli nie rodzony brat Irlandczyka o swojsko brzmiącym imieniu Stanislau? Proszę Państwa! Poniżej zamieszczam ukwiecone shamrockiem, przesycone Guinnessem, błękitnookie i jasnorude, rozbeczane owcami i tętniące kopytami koltów na torze wyścigowym Curragh opowiadanie samego bożyszcza egzaltowanych licealistek, autora obłąkanego w narracyjnej warstwie "Ulissesa", półślepego towarzysza życia Nory Barnacle !!!JAMESA JOYCE'A!!! i to nie w przekładzie Zbigniewa Batki a w moim własnym, skromniusim i niegodnym......... A gdzie, kurwa, brawa?! (Z przyczyn ode mnie niezależnych opowiadanie podzielić zmuszony zostałem na kilka wpisów.) PENSJA Pani Mooney była córką rzeźnika. Była typem kobiety zaradnej, w zasadzie wszystkim zajmowała się samodzielnie. Poślubiła jednego z brygadzistów ojca i otworzyła sklep rzeźnicki w pobliżu Spring Gardens. Jednak wkrótce po śmierci teścia w pana Mooney'a jakby diabeł wstąpił. Rozpił się, ogałocił kasę i popadł w ogromne długi. Żadne zaklinanie go nie przynosiło skutku: po kilku dniach znowu wybywał w długą. Kłócąc się z żoną przy klientach i zamawiając zepsute mięso doprowadził interes do upadku. Jednej nocy rzucił się na małżonkę z tasakiem, więc ta musiała noc spędzić u sąsiadów. Rozstali się po tym wydarzeniu. U księdza kobieta uzyskała separację, przyznano jej także opiekę nad dziećmi. Już nie dawała mu ani pieniędzy, ani jedzenia, nie gościła go nawet; Mooney nie miał więc wyjścia, jak tylko wpisać się na listę podopiecznych szeryfa. Obdarty, zgarbiony pijaczek o bladej twarzy, białym wąsie i białych brwiach, pociągniętych smużką nad małymi przekrwionymi oczkami całymi dniami przesiadywał teraz w biurze komornika, czekając aż mu przydzielą jakąś robotę. Pani Mooney, która w międzyczasie odzyskała resztki swoich udziałów w rzeźnickim interesie i otworzyła za nie pensję przy Hardwicke Street, była godną podziwu kobietą. Zmienna populacja mieszkańców jej domu składała się z turystów z Liverpoolu i Wyspy Man oraz czasem artystów operetek. Stałymi lokatorami byli głównie drobni urzędnicy z centrum. Dom prowadziła mądrze i stanowczo, doskonale wiedząc kiedy dać na krechę, kiedy pozostać nieugiętą, a kiedy odpuścić. Wszyscy młodzi lokatorzy mówili o niej nie inaczej, jak o Madam. Młodzieńcy u pani Mooney płacili piętnaście szylingów tygodniowo za wikt i kwaterunek (nie wliczając w to napitków do obiadu). Podobne zainteresowania i zawody służyły dobrej komitywie. Mężczyźni roztrząsali w swoim towarzystwie szanse faworytów i autsajderów. Jack Mooney, syn Madam, pracownik komisu na Fleet Street, miał opinię przypadku szczególnego. Uwielbiał nadużywać żołdackiego słownictwa, a do domu wracał zazwyczaj we wczesnych godzinach rannych. Spotykając kumpli zawsze miał im coś fajnego do powiedzenia, no i nigdy nie przegapił dobrej okazji - to jest wyścigu ulubionego konia albo występu ulubionego artysty. Palce miał zręczne, nie powiem, i śpiewać umiał kuplety. W sobotnie wieczory we frontowym salonie pani Mooney często zbierało się towarzystwo. Nie brakowało tam operetkowych artystów; Sheridan przygrywał walce, poleczki i akompaniował do prześpruchów. Polly Mooney, córka Madam, także tam bywała i śpiewała: Jestem... dziewczę złe. Polly była wiotką dziewiętnastolatką; mała miękkie, jasne włosy i drobne, pełne usta. Jej oczęta, szare z przebłyskami zieleni, miały w zwyczaju spoglądać w górę podczas rozmowy, co przydawało dziewczynie wyglądu wyuzdanej madonny. Pani Mooney posłała wpierw swą córę na maszynistkę w biurze handlarza kukurydzą, lecz pozbawiony czci i honoru podopieczny szeryfa przyłazić tam zaczął prawie codziennie prosząc o słówko z córką; nie było innej rady jak zabrać ją stamtąd i przydzielić do prac w domu. Ponieważ Polly była bardzo żywo usposobiona, chodziło o to, aby pobyła trochę w towarzystwie młodych mężczyzn. Poza tym, młodzi mężczyźni lubią czuć w pobliżu obecność młodej kobiety. Polly, czego się można było spodziewać, flirtowała z młodzieńcami, lecz pani Mooney, bystra obserwatorka, dobrze wiedziała, że mężczyźni tylko tak umilali sobie czas: żaden z nich nie miał poważniejszych zamiarów. Układ ten trwał niezakłócony już od dłuższego czasu i pani Mooney myślała już o odesłaniu jej z powrotem do biura, kiedy nagle zauważyła, że do czegoś dochodzi między Polly a jednym z mężczyzn. Bacznie obserwowała parę, uwagi zachowując dla siebie. Polly doskonale wiedziała, że jest obserwowana, lecz uporczywego milczenia matki nie sposób było nie rozumieć. Między matką a córką nie było otwartego współdziałania, ani jasnego porozumienia, mimo to na przekór coraz głośniejszym plotkom lokatorów o romansiku, pani Mooney nie wkraczała do akcji. Zachowanie Polly stawało się cokolwiek nieswoje, młody mężczyzna był tym wyraźnie zmieszany. Aż w końcu, w najodpowiedniejszym, jej zdaniem, momencie pani Mooney wkroczyła do akcji. Moralne dywagacje ucinała tak, jak tasak kroi mięso: i w tym przypadku ostrze już opadło. INDUCTION part 2
Był jasny niedzielny poranek wczesnego lata, zwiastun upału złagodzony podmuchami świeżej bryzy. Wszystkie okna pensji rozwarto szeroko i odsłonięte uniesionymi szybami koronkowe firany wydymały się łagodnie w stronę ulicy. Dzwonnica kościoła Jerzego dudniła nieustannie, a parafianie, samotnie lub w grupkach, przechodzili przez placyk przed kościołem, zdradzając cel swojego spaceru opanowanym zachowaniem, a także obecnością małych książeczek w opiętych rękawiczkami dłoniach. Na pensji już było po śniadaniu. Stoły w jadalni zastawione były talerzami pokrytymi żółtymi plamami po jajkach oraz skrawkami tłustych skórek bekonu. Pani Mooney siedziała w wiklinowym fotelu przyglądając się jak służąca Mary wynosi naczynia. Nakazała jej zebrać okruszki i niezjedzone kawałki chleba, z których we wtorek przyrządzi się pudding. Kiedy już stoły zostały wytarte, chleb zebrany, a cukier i masło bezpiecznie zakluczone w szafce, Madam odtwarzać poczęła w pamięci fragmenty rozmowy z Polly, którą odbyła poprzedniego wieczora. Sprawy się miały tak, jak podejrzewała: była szczera w swoich pytaniach, a Polly równie szczera w odpowiedziach. Oczywiście obu kobietom było niezręcznie. Jej było niezręcznie nie mieć ochoty wysłuchiwać frywolnych szczegółów, sprawiając przy tym wrażenie osoby wyrozumiałej; a Polly było niezręcznie nie tylko wyłącznie dlatego, że aluzje tego typu zawsze wprawiały ją w zakłopotanie, lecz także dlatego, że nie chciała, aby matka domyśliła się, że przebiegła niewinność wyczuła jakiś zamiar w matczynej pobłażliwości. Pani Mooney wpatrywała się bezwiednie w mały pozłacany zegar na kominku, kiedy oprzytomniawszy z rozmyślań zdała sobie sprawę, że dzwony w kościele Jerzego ucichły. Minęła siedemnasta minuta po jedenastej: mnóstwo czasu, aby rozmówić się z panem Doranem i na dwunastą zdążyć na Marlborough Street. Była pewna zwycięstwa. Przede wszystkim miała po swojej stronie ciężar społecznej opinii: była rozgoryczoną matką. Przyjęła go pod swój dach, zakładając że jest człowiekiem honoru, a on po prostu nadużył jej gościnności. Miał trzydzieści cztery czy pięć lat, więc nie można go usprawiedliwić młodym wiekiem; tak samo wyłgać się nie mógł niewiedzą, bo trochę życia już znał. Po prostu wykorzystał młodość i niedoświadczenie Polly: to nie ulegało wątpliwości. Rozstrzygnięcia wymagała kwestia: jak mógł spłacić swój występek? Takie występki wymagają zadośćuczynienia. Mężczyźnie jest łatwo: może sobie odejść jak gdyby nigdy nic, zażywszy swojej przyjemności, a dziewczyna musi unieść tego ciężar. Niektóre matki zadowoli załatwienie sprawy za pomocą pieniędzy; słyszała o czymś takim. Lecz nie zamierza tak postąpić. Jedynym zadośćuczynieniem za zszarganie opinii jej córki może być tylko małżeństwo. Jeszcze raz zajrzała w swoje karty zanim posłała Mary na górę po pana Dorana. Była pewna, że wygra. To poważny mężczyzna, żaden tam hulaka czy żartowniś, jak inni. Gdyby chodziło o pana Sheridana, Meade'a, albo Bantama Lyons'a miałaby o wiele trudniejsze zadanie. Nie sądziła, aby ten chciał upubliczniać sprawę. Wszyscy lokatorzy już coś tam wiedzieli, niektórzy dopowiadali sobie szczegóły. Poza tym, od trzynastu lat pracował w szacownym katolickim biurze sommelierskim, więc rozgłos oznaczać mógł dlań utratę posady. A gdyby przystał na jej warunki wcale nie musiałoby być źle. Wiedziała, że jest zaradny i podejrzewała, że nieco odłożył. Już prawie wpół do! Powstała z fotela i przyjrzała się sobie w lustrze. Zadowolił ją zdecydowany wyraz czerwonej twarzy, a przez myśl przemknęły jej inne znajome matki, które pozbyć nie mogły się swoich córek. INDUCTION part 3
Pan Doran był rzeczywiście mocno poddenerwowany tego niedzielnego ranka. Dwukrotnie próbował się ogolić, lecz rękę miał tak niepewną, iż zmuszony został od tej czynności odstąpić. Żuchwę porastał trzydniowy rudy zarost, a co dwie trzy minuty mgiełka wzbierała na szkłach jego okularów, więc zdejmował je i przecierał chusteczką. Wspomnienie wczorajszej spowiedzi sprawiało mu ostry ból; ksiądz wyciągnął z niego każdy, najśmieszniejszy nawet szczegół romansu, a na koniec tak wyolbrzymił jego grzech, że aż prawie wdzięczny był za ukazanie mu obręczy zadośćuczynienia. Wyrządził krzywdę. Cóż mu teraz pozostało poza małżeństwem albo rejteradą? To nie mogło ujść płazem. O sprawie na pewno będą gadać, a jego pracodawca w końcu o niej usłyszy. Dublin to małe miasto: jeden wie wszystko o drugim. Czuł jak serce skacze mu ciepło w gardle, kiedy w wyobraźni słyszał ochrypły głos starego pana Leonarda: - Proszę wezwać pana Dorana! I wszystkie te lata służby na nic! Cała jego przedsiębiorczość i skrupulatność się nie liczy! Za młodu używał życia, czemużby nie; przechwalał się swoim wolnomyślicielstwem i przeczył istnieniu Boga w obecności towarzyszy domów schadzek. Ale to już przeszłość, do której nie wraca... no prawie. Wciąż co tydzień kupował egzemplarz Reynolds's Newspaper, lecz regularnie uczęszczał do kościoła i przez dziewięć dziesiątych roku prowadził uporządkowane życie. Miał dość pieniędzy, aby się ustatkować; to nie był problem. Tylko rodzinie się ona nie spodoba. Po pierwsze miała ojca degenerata, a pensja jej matki zaczęła cieszyć się dość osobliwą sławą. Czuł, że został wrobiony. Wyobrażał sobie, jak koledzy zaśmiewają się opowiadając jego historię. No i ona była trochę prostacka. Mówiła "widzioam" i "jagdybym wiedziała". Ale co tam miała gramatyka do gadania, jeśli ją naprawdę kochał? Nie wiedział już, czy ją lubić, czy potępić za jej uczynek. Swój także. Instynkt nakazywał mu pozostać wolnym, nie żenić się. Jak się ożenisz, już po tobie, mówił. Siedział załamany na brzegu łóżka w spodniach i koszuli, kiedy zapukała cicho i weszła. Powiedziała mu wszystko, że zwierzyła się matce i że matka porozmawia z nim rano. Rozpłakała się, oplotła mu szyję ramionami mówiąc: - O Bob, Bob! Cóż ja pocznę? Cóż ja ze sobą pocznę? Skończy ze sobą, tak powiedziała. Pocieszał ją cicho, prosił by nie płakała, że wszystko się ułoży, nie ma strachu. Przez koszulę czuł wstrząsanie jej biustu. To wcale nie była tylko jego wina, że tak się stało. Dobrze pamiętał, z typową dla bezżeńca dokładnością przypominał sobie pierwsze przypadkowe pieszczoty, którymi obdarzały go jej suknie, oddechy i palce. A któregoś wieczora, kiedy rozbierał się do łóżka zapukała nieśmiało do jego drzwi. Chciała odpalić swoją świeczkę od jego, bo jej zdmuchnął jakiś powiew. Brała wtedy kąpiel. Odziana była w rozpiętą flanelową koszulę. Białe podbicie jej stóp wyzierało z włochatych kapci, a młoda krew promieniała ciepłem pod skropioną perfumą skórą. Delikatny zapach pachnidła wionął z jej dłoni i nadgarstków, kiedy zapaliła i postawiła świeczkę. Kiedy wracał późno wieczorem, to ona właśnie podgrzewała mu obiad. Ledwie był świadom tego, co je, kiedy czuł obok jej obecność, tylko ona i on, w nocy, w uśpionym domu. A jaka była przewidująca! Jeśli noc była zimna, czy słotna, albo wietrzna, to zawsze w domu czekała na niego szklaneczka pączu. Być może byliby razem szczęśliwi... Ale delirium mija. Powtórzył jej zdanie, odnosząc je do siebie: Cóż ja ze sobą pocznę? Instynkt bezżeńca kazał mu się wstrzymać. Ale grzech został popełniony; i nawet jego poczucie honoru mówiło mu, że taki grzech wymaga zadośćuczynienia. Siedział z nią na brzegu łóżka, kiedy w drzwiach zjawiła się Mary mówiąc, że pani oczekuje go w salonie. Wstał, założył kamizelkę i płaszcz, załamany jeszcze bardziej. Już ubrany podszedł jeszcze, żeby ją pocieszyć. Wszystko się ułoży, nie ma strachu. Opuścił ją zalaną łzami, skamlącą cichutko: O mój Boże! Kiedy schodził po schodach, szkła tak mu zaparowały, że musiał je zdjąć i przetrzeć. Pragnął wzbić się przez dach i ulecieć do innego kraju, gdzie nie usłyszałby więcej o swoich kłopotach, mimo tego jakaś siła spychała go w dół po stopniach. Nieusuwalne z przed oczu twarze jego pracodawcy i Madam przyglądały się jego opłakanej sylwetce. Na ostanim półpiętrze minął się z Jackiem Mooney'em, który wracał właśnie ze spiżarni, tuląc pod pachą dwie butelki Bassa. Wymienili chłodne ukłony; wzrok kochasia spoczął na moment na grubej twarzy buldoga i parze krótkich, grubych ramion. Stojąc u podnóża klatki schodowej zerknął w górę i dostrzegł Jacka obserwującego go z drzwi. W tej chwili przypomniał sobie wieczór, kiedy jeden z operetkowych artystów, blond Londyńczyk, rzucił dość frywolną uwagę na temat Polly. Zabawa nieomal nie skończyła się z powodu wybuchu agresji Jacka. Wszyscy próbowali go uspokoić. Aktor operetki, nieco bledszy niż zazwyczaj, nie przestawał się uśmiechać i tłumaczyć, że nie miał na myśli nić złego, lecz Jack wciąż wrzeszczał na niego, że jeśli jakiś facet spróbuje takich numerów z jego siostrą to mu do diabła zęby powbija do gardła, tak właśnie. * * * Polly krótko siedziała zapłakana na łóżku. Zaraz potem otarła łzy i podeszła do lustra. Umoczyła róg ręcznika w misce i przemyła oczy chłodną wodą. Przyjrzała się swojemu profilowi i poprawiła spinkę nad uchem. Wróciła do łóżka i siadła w jego nogach. Długo przyglądała się poduszkom. Ich widok wzbudził w niej sekretne, miłe wspomnienia. Oparła kark o chłodny, żelazny stelaż i oddała się rozmyślaniom. Na jej licu nie było już ani śladu zafrasowania. Czekała cierpliwie, radośnie nieledwie, bez trwogi, a jej wspomnienia ustępowały z wolna miejsca nadziejom i wizjom przyszłości. Jej nadzieje i wizje były tak szczegółowe, że nie dostrzegała już białych poduszek w które się wpatrywała, i zapomniała nawet, że na coś czekała. W końcu usłyszała wołanie matki. Skoczyła na równe nogi i podbiegła do poręczy. - Polly! Polly! - Tak, mamo? - Zejdź tu, kochanie. Pan Doran chciałby z tobą porozmawiać. I wtedy przypomniała sobie na co czekała.
niedziela, 08 maja 2005
stachy na lachy
AAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Ze spienioną sznurówką flegmy siedzę i żółci upust daje na tym zapomnianym lecz MOIM kurwa MOIM blogu. Co mnie tak rozpierdala w tej chwili? Tutejsza pogoda? Nieciekawe kobiety? Rozstanie z praca w piątek? Nie. Rodacy. Moi dzielni rodacy, którzy przybyli tu bez znajomości tutejszego języka, obyczajów, prawa... Bez niczego najczęściej, poza spękanymi a roboty głodnymi łapami. No i ten strach. Mój strach przed ludźmi, szczególnie tymi piastującymi publiczne stanowiska. Boję się kasjerek w banku, pracodawców, a przede wszystkim policjantów. Głupie, co nie? No bo jak można się bać na przykład takiego umundurowanego i uzbrojonego faceta, który zabiera twoje dokumenty każąc jednocześnie pozostać w pojeździe, po czym po piętnastu minutach stwierdza, ze polskie ubezpieczenie jest nieważne, a tym samym prowadzisz auto bez ważnego ubezpieczenia, co tutaj jest poważnym PRZESTĘPSTWEM, za które grozi kara pozbawienia wolności do miesięcy trzech? Strachy na Lachy. Do lekarza powinienem się z tymi lękami zgłosić. Tylko lekarzy się też boję. I właśnie dlatego z lekarzem sypiam od przeszło siedmiu lat. Dotychczasowe wyniki tej szokowej terapii pozostawiają wiele do życzenia. Zresztą ja tak mam, że wiele do życzenia pozostawiam. No, na dżina się nie nadaję, zdecydowanie. Może jaśniej, Jaśnie Panie? Dobrze. Tym z nieszczęsnych czytelników niniejszego bloga, którzy jeszcze nie wiedzą wyjawię, że jakiś miesiąc temu zostałem zatrzymany przez Gardę prowadząc polskie auto mojego znajomego. Jak powyżej napisałem, tego dzielni strażnicy Erin nie akceptują, a amatorów takiej jazdy co gorliwsi z nich pragną na jakiś czas pozbawić wolności. Dla mnie skończyło się to na ostrzeżeniu, no i na rekwizycji inkryminowanego pojazdu na czas bliżej nieokreślony. Skontaktowawszy się telefonicznie z pobliskim komisariatem, dowiedziałem się, że są dwie możliwości odzyskania auta: albo jego rejestracja w tym kraju, albo jego niezwłoczne wywiezienie do ojczyzny. Poinformowałem o tym właściciela pojazdu. No i co? I tu się zaczynają kłopoty. Wyobraźcie sobie mianowicie, że właściciel językiem angielskim nie włada, za to jest starszy i mądrzejszy ode mnie. Naturalnym w takich przypadkach jest przyjęcie przez osobnika głupszego, lecz obeznanego w lokalnym narzeczu roli pośrednika-tłomacza. Jak niewdzięczna jest to dla półgłówka rola być może niektórzy wiedzą. (nie, nie, żadnych złośliwości pod adresem IQ czytelnika nie czynię!) A jak nie wiedzą, to się dowiedzą. Żeby nie było niedomówień: znajomy żadnym szemranym kombinatorem nie jest, auto kradzione nie było, a żaden z jego użytkowników czy pasażerów nie był i nie jest wmieszany w jakąkolwiek nielegalną działalność, to the best of my knowledge. Poza oczywiście prowadzeniem auta nieubezpieczonego w IE. Pierwszą odpowiedzią na wybór postawiony przez Gardę znajomemu było: "ok, ubezpieczamy auto!" "Dobrze więc", zabrzmiała odpowiedź irlandzkiego policjanta, "Przejdź się zatem do VTR Office w celu....". W jakim właściwie celu miał się znajomy przejść, nie jestem Wam w stanie zreferować, gdyż, jak wspomniałem, znajomy angielszczyzną nie włada, co wcale oczywiście nie przeszkadza nikomu w posługiwaniu się tym językiem. Zdaje mi się, ze na dobrą sprawę każdy może mówić i słuchać w dowolnym języku świata. Inną sprawą jest to, czy... Nieważne zresztą. Muszę zdyscyplinować swój wywód i nie wpływać w dygresyjne meandry. Do Vehicle Tax and Registration Office udałem się ja. I nie załatwiłem nic. Dowiedziałem się tylko, ze procedura sprowadzenia i rejestracji obcego auta przebiega następująco: Garda powiadamia Urząd Celny w Dublinie, oni przyjeżdżają na parking, gdzie zarekwirowane auto się znajduje i umawiają się z właścicielem na jego oszacowanie, uprzednio skontaktowawszy się z nim telefonicznie. No dobrze. Dzwonię więc z taką informacją do posterunkowego F. G. i pytam, co dalej. Ten się tylko śmieje, że mnie kręcą i odsyłają jeden do drugiego, po czym zapewnia, że sam zadzwoni do tych urzędasów, po czym oddzwoni do mnie. Uczynny funkcjonariusz. Fajnie. No i przez tydzień cisza. W międzyczasie znajomy, osobnik starszy i mądrzejszy, a przy tym niezwykły człowiek czynu, dochodzi do wniosku, że za długo to trwa, a poza tym (a może przede wszystkim?) koszty oclenia, rejestracji i ubezpieczenia będą niebotyczne, samochód był sprowadzonym z Niemiec składakiem, co w polskich dokumentach ma rocznik 97, choć jest rzęchem z 91, a on nie wie, czy tu zostanie czy nie, bo praca mu się "chyba" kończy (znajomy jako niezwykły człowiek czynu ma itchy feet, jak mawiają tubylcy, i w jednym miejscu długo nie ustoi, a jak stoi to nozkami przebiera, niczym szesciolatek z przepelnionym pecherzem). Prosi więc, aby się skontaktować z policją i powiedzieć, że chce jednak auto wziąć do Polski w przeciągu miesiąca i może policja by je oddała, on nim jeździć nie będzie, nawet tablice zdejmie i se będzie niebieski van merolek MB100 stal na parkingu grzecznie. Jasne, nie ma sprawy. Stróże prawa i porządku są przecież w takich przypadkach niezwykle układni i wyrozumiali, no nie? TRZEBA TYLKO UMIEĆ Z NIMI ZAGADAĆ I SIĘ NIE BAĆ, GŁUPI CHUJU!!! Oups! I got carried away a bit, I'm sorry. Now, where was I? Dwa tygodnie próbowałem się skontaktować z posterunkowym F. G. A to był w sądzie, a to gdzieś wyjechał, a to go po prostu nie było. Nie oddzwaniał, ale to nie dlatego, że miał to w dupie. Po prostu jest Irlandczykiem. Dziś wreszcie udało się mi go złapać. Ta-da! No, właśnie miał zadzwonić, ale go tydzień nie było i co, wciąż nie zadzwonili z Customs? "Nic nie martw, Dominik, zadzwonię we wtorek i się zapytam sam" - słyszę w słuchawce przyjemny brogue. - Hm, no tak, długo to wszystko trwa, właściciel zmienił zdanie i jednak chce auto zabrać do Polski... - W sumie może zabrać auto, mnie to nie interesuje. - brogue nie zmienia swojego przyjemnego tonu - Niech tylko wie, że w takim razie sprawa trafi do sadu, razem z właścicielem i kierowcą (to o mnie). Ok? Nie lubię krętaczy. Przekaż to znajomemu. God bless! Referuję tę konwersację i zostaję uświadomiony po raz kolejny, że spieprzyłem sprawę. Trzeba było powiedzieć, wyjaśnić, że znajomemu kończy się praca, że mu się nie opłaca, że auto jest stare, choć w dokumentach jeszcze młode, bo tak się u nas sprowadzało używane bryki z zachodu. On by zrozumiał, przecież jest człowiekiem, a ja mu tak prosto z mostu, że znajomy zmienił zdanie. No miał prawo się na te słowa gliniarz wkurwić, no nie? Dyplomatą też chyba nie zostanę. - Dobra! - uwierać mi już zaczyna ta kierownica wbita w plecy. - Oporządź się i jedziemy na komisariat, sam mu to powiesz! - Dobra! Powiem mu! - Dobra! Powiesz mu! - A żebyś wiedział! - A tak! No i pojechał. Chyba. Beze mnie, za to ze szwagrem. Niech, kurwa, załatwia, niech mi, kurwa, pokażą, że Polak potrafi, choć ja nie umiem. I niech się ode mnie odpierdolą i nie żądają niemożliwego, bo ja tylko umiem innych obżerać, opijać, osypiać, zawodzić, rozczarowywać, demotywować, demoralizować, wpędzać w kompleksy i depresje, no i obsmarowywać w pożal się Boże blogu, którego nie potrafię nawet regularnie zapełniać ciekawymi zdarzeniami z dalekiego kraju, gdzie przecież jest tak zielono i malowniczo, eh? AFTERMATH: Career oportunities: Current mood: apeshit Current music: "Road to Nowhere" Talking Heads
czwartek, 10 lutego 2005
przerwa techniczna
Szanowni somniamaniacy! Z przyczyn technicznych blog przestanie nadawać z dniem jutrzejszym do czasu zakończenia przenosin studia w jakieś przytulniejsze miejsce. Dla nieutulonych w żalu Czytelników na osłodę wyświetlany będzie do odwołania poniższy wpis: lekki, łatwy i bardzo melodyjny. Scroll down to continue...
SOMNIAMANNIAK CZWARTKOWY Czy wiecie, że tematem na musical może być cokolwiek, nie tylko podziemna kolejka dojazdowa? Wyobraźcie sobie, że jakiś czas temu Tim Rice, wraz z dwójką kolesiów z ABBY, Bennym Andersonem i Bjornem Ulvaeusem (ktoś wie, który jest który?) napisali musical "Szachy", opowiadający o rywalizacji dwóch arcymistrzów znajdujących się po przeciwnych stornach Żelaznej Kurtyny. Z musicalu tego pochodzi wykonywany przez Murray Head kawałek o nęcącym nie tylko polskiego turystę tytule:
One Night in Bangkok
Przypisy: 1. Bangkok (Krung Thep) - stolica Tajlandii, 5,6 mln mieszkańców (1993), zespół miejski 8,7 mln (1992), Tajowie, Chińczycy, Indusi; centrum przemysłowe i finansowe; główny port; ośrodek naukowy (6 uniwersytetów) i turystyczny. Metropolia jak się patrzy.
2. Yul Brynner (1915-1985) - amerykański aktor charakterystyczny pochodzenia szwedzko-japońsko-rosyjskiego (?), pamiętany chyba najbardziej z roli króla Syjamu Mongkuta w filmie The King and I (1956) oraz późniejszej o 16 lat wersji telewizyjnej, Anna and the King.
3. Tyrolski kurort wygląda na przykład tak:
4. Złote krużganki klasztorne to normalka u Tajów, tak samo zresztą jak syjamskie bliźnięta, gra w siatkówkę nogą oraz walenie się po gębach pięściami owiniętymi w bandaże nurzane w miodzie i obsypane gumisiami.
5. Chłopcy przebrani za dziewczęta, oferujący usługi seksualne po atrakcyjnych cenach, to także lokalna atrakcja. 6. William Somerset Maugham (1874-1965), angielski dramaturg, pisarz i nowelista, autor m.in. Of Human Bondage oraz rozlicznych opowiadań traktujących o osamotnieniu białych kolonistów na Dalekim Wschodzie.
7. Chodzi zapewne o rzekę Menam, w delcie której położony jest Bangkok.
8. Tajski Budda to bon-vivant i leniuszek. Często spotkać go można wylegującego się w słońcu z błogim uśmieszkiem.
wtorek, 08 lutego 2005
ANKIETA CZYTELNICZA
Blog niniejszy istnieje już jakiś czas i chyba nadeszła pora na mały feedback. Każda literatura a nawet nieudolna literacka próba to proces dwustronny, wymagający zarówno pisarza, jak i czytelnika, przy czym ten drugi jest tu postacią o wiele ważniejszą, rzekłbym stanowi element nieodzowny literatury. Pisarz umiera - książka zostaje; czytelnik umiera - książka idzie na przemiał. Zaintrygowanych, tudzież zbulwersowanych powyższą tezą odsyłam do słynnego już eseju Jeana-Paula Sartre'a pt. "Qu'est-ce que la literature?" W celu polepszenia jakości tej pisaniny, której podstawowym zadaniem przecież jest połechtanie słabostek szanownych czytaczy, a także ulżenie ich rzekomej niedoli postanowiłem przeprowadzić małą ankietę, na temat tego, co tej pory zostało na somnia.blox.pl popełnione, a co karygodnie zaniechane. Wyniki, opracowane za pomocą najnowszych statystycznych metod badań jakościowych, zostaną wydrukowane w pięciu egzemplarzach i posłużą mi za podkładkę pod herbaciany kubek ze świnkami, bo Pani Zima zapomniała do niego dokupić podstawkę. Z tego też powodu arcyważne jest, aby PT Czytelnicy podeszli do ankiety jak najbardziej poważnie i skrupulatnie wypełnili wszystkie punkty. Do końca przyszłego tygodnia spodziewam się co najmniej siedmiu (to jest dopuszczalna minimalna próba, nie pytajcie mnie dlaczego, bo to są statystyczne tajemnice objęte ustawą o ochronie danych osobowych z dnia 29 sierpnia 1997) długaśnych komentarzy do wpisu. Zatem jechane! 1. Somnię czytam: od początku 2. Trafiłam tutaj: z FEN 3. Uważam, że: ładnie piszesz; 4. Grafiki w blogu: jak na lekarstwo 5. Mój ulubiony dział to: Głównej nurt 6. Mój ulubiony tekst z Somnii to: tu se same wpiszcie 7. Śmiechu w blogu jest: co niemiara 8. Ciekawe spostrzeżenia i życiowa przenikliwość to: mocne strony Somnii 9. Somniaczy sex i przemoc: to jest to, co tygryski (brykające!) lubią najbardziej 10. Blog ogólnie oceniam na: total totalus 11. Chciałabym, żeby (zaznacz kilka): było przystępniej pisane, bo nie mam słowników na CD 12. Mógłbyś: trochę więcej rysunków zamieszczać, bo ponoć rysujesz 13. Działy do rozwinięcia/likwidacji: Głównej nurt * 14. Humoru ma być: mniej, i tak ci nie wychodzi, bo jesteś ponurak i fatalista 15. Ciekawą przenikliwość i życiowe spostrzeżenia: możesz se podarować, jestem od ciebie starsza, więc wiem lepiej jak jest 16. Co się zaś tyczy ruchania i brutalności, to: przecież wszyscy wiedzą co z ciebie za zbok, więc lepiej zostaw moją sukienkę i wyłaź z tej szafy! A teraz trochę o sobie (wyłącznie w celach przyporządkowania odpowiedzi do odpowiednich demograficzno-społecznych segmentów populacji). 17. Wiek: za młoda 18. Płeć: kobieta 19. Wykształcenie: wyższe 20. Zawodowo zajmuję się: księgowością 21. Moje hobby (poza facetami) to: kino, kino, kino 22. Adres korespondencyjny (czysta statystyka, bez obawy): @ 23. Nr telefonu (j.w.): 24. Fotka:
(-:=3 Tak się rysuje!
Kto nie czytuje "Polityki", ani "Przekroju" temu prawdopodobnie nazwisko Marka Raczkowskiego nic a nic nie mówi. Mają jednak gamonie niepowtarzalną szansę nadrobić to jawne niedopatrzenie w nieformalnym wykształceniu i zapoznać się z rysunkami tego wiodącego w chwili obecnej polskiego "cartoonisty". "Tak się rysuje" to niezapomniana uczta dla miłośników wykręconego nieco poczucia humoru. Właściwie to zapomniana, bo uraczony chyba zbytnio raczkowskimi gagami nie jestem w stanie w tej chwili żadnego z nich sobie przypomnieć. Hmm... Dziura w głowie się powiększa, a ja nic w tej sprawie nie robię, choć przecież mądre przysłowie mówi, że a stitch in time saves nine. Ale to nie jest ważne. O czym to ja...? Na pewno nie o piwie... A! O albumie ze stripami Raczkowskiego, które są, moim skromnym zdaniem, (tak, tak - "moim skromnym zdaniem" - jak uczyła pani od polskiego) o wiele ciekawsze od takiego Dilberta Scotta Adamsa (skądinąd cenionego przeze mnie wywrotowego prześmiewcy), ponieważ stronią od klimatów czysto biurowych na rzecz szerszego spojrzenia na naszą swojską obyczajność, a swojskie jest zawsze dobre, bo swojskie. Humor Marka R. bywa dosadny jak knajpiany brecht (taki przekomiczny dramaturg nie stroniący od kieliszka i grubego słownictwa), lecz o wiele częściej jest subtelny i zmusza do myślenia nastawionego na ograne pointy czytelnika. Nigdy autor "Tak się rysuje" nie traci swojego panache (pe... czego?!?!?!), chociaż, o dziwo, prywatnie prezentuje się niezwykle skromnym i wyciszonym osobnikiem - gdyby był uroczym podlotkiem, całkiem przystojnym byłoby określenie "nieśmiały". Ale może to tylko złudzenie wywołane zakłóceniami telewizji śniadaniowej, sam już nie wiem. Przy Iwonie Schymali też pewnie nie wiedziałbym, jak rozmawiać. A propos pointy, to przypomniał mi się rysunek z pierwszej bodajże strony. Nie będę zdradzać treści, aczkolwiek (brr, a to co za głupi spójnik?!) szczerze polecam, bo jest bardzo śmieszne, chociaż dopiero na końcu, ale trzeba czytać uważnie od początku. Niestety panie Marku, muszę pana rozczarować. Tak samo żal mi jest wydawcy, a przede wszystkim magnetycznej księgareczki kojarzącej mi się nieodparcie z ciemnobeżową zamszową kurtką, którą ominęła jedyna w życiu okazja nabicia ceny w kasę fiskalną, zapakowania smukłymi palcami książki oraz dotknięcia mojej boskiej graby przy jej wręczeniu i wydawaniu reszty. Nie kupię Raczkowskiego, bo z dziełem tym przeszło trzy kwadranse przestałem na pierwszym piętrze Księgarni "Pod Papugami", obnażając publicznie zęby i nadwerężając moje biedne plecy, kontuzjowane onegdaj spalinowym świdrem do robienia dziur pod pale. Na razie więc nie mam specjalnej ochoty stać się właścielem egzemplarza. No chyba, że któraś z Was nie ma pomysłu na urodzinowy prezent dla mnie, to wtedy nie pogardzę, a nawet się ucieszę... troszeczkę, tak żeby nikt nie widział. Paczkę proszę słać na adres: MONREAD MEWS 7 z dopiskiem "dla Kochanego Kucharza". (-:=3
poniedziałek, 31 stycznia 2005
to ostatnia noc
- Wiesz co najbardziej rozjebuje? - spytał magazynier Darek magazyniera Rumiana. Zmrużył przy tym oczy i odsłonił zęby w wąskim uśmieszku, jakby stawiał dziecku chytrą zagadkę. - Te pierdolone klatki - odpowiedział sam sobie, zmagając się z odpaleniem n-tego w ciągu nocy ćmika. Zacinająca się biała zapalniczka musi być jego faworytą, skoro się z nią jeszcze nie rozstał. Mnie by taka rozjebywała. - A wiesz co jest z nimi najśmieszniejszego? - Darek bez trudu znajduje ironię w dowolnej rzeczy, niech to będzie przedmiot, człowiek, czy zdarzenie. - Co? - Rumian łypnął okiem spod daszka bejsbolówki. - Wiesz jakie jest ich dopuszczalne obciążenie? - usta i oczy przenikliwego magazyniera ponownie się zawęziły. - 300 kilo. - Rumian zdążył już zapoznać się z instrukcją obsługi okratowanych rolkontenerów. - No. - tryumfalnie uśmiechnął się na tę odpowiedź Darek, tak samo, jakby uśmiechnął się na jej brak. - A jeżdżą pewnie po 500, albo i więcej. - oznajmił tonem niezmordowanego tropiciela nieprawidłowości wszelakich i strzyknął gęstą śliną na pochylnię przeładunkowego doku. Darek ma w sobie tę powolność ruchów znamionującą wrodzoną inteligencję, pewność siebie i niezmącony wątpliwymi treściami światopogląd. To koleś-co-wie, a wie przede wszystkim, co nie gra i wie także, jak na to wszystko chuj położyć. Nosiciel nieokrzepłej jeszcze (bo nie wyrażonej oficjalnym manifestem) społecznej świadomości ludu pracującego za mniej niż 1000 zł/mies. Nie żeby był z niego malkontent-obibok, co to to nie. Pracuje równo, wyróżniając się przy tym ponadprzeciętnymi umiejętnościami i innymi "miękkimi" przymiotami, które przy sprzyjających okolicznościach uczynią kiedyś z niego nawet samego kierownika magazynu. Nic mu po temu nie brakuje, może tylko wąsa, bo wąs atrybutem naturalnego przywódcy jest. Musiałby jeszcze tylko obecny kierownik, pedał Gierapa, dać posłuch docinkom Trzęsionki i wynieść się na jakieś inne, równie odpowiedzialne stanowisko. Gierapa za to wąsa ma i bródkę, a poza tym subtelną kitkę, lisie lico, szklane wejrzenie, wiotką kibić, miękkie ruchy, śniętą rybę w dłoni i cichy głosik, którym zdarza mu się zwrócić do chłopaków per "kochanie". W anonsach dla panów z pewnością opisuje się jako nie budzący skojarzeń. Za to Trzęsionka vel Kukła to świrujący ściemniacz, jakich mało. Po jego chodzie na sztywnych kolanach widać, że nie wytrzymuje konfrontacji z cięższymi pakunkami, ale to nic, kurwa go mać. Twarda szkoła podwórkowego życia nauczyła go niedostatki ciała i ducha kryć pod maską chojractwa. Najwyżej mu nogi upierdolą i na kikutach będzie zasuwać, jeszcze bardziej nieobliczalny świr. O koledze Trzęsionki, w jego nieobecności odżegnującym się nieco od niego, pomimo pryszczatej twarzy i obiecującej ksywy Mini-Pudzian, niewiele jestem w stanie powiedzieć. Sandokan jest w porzo. Wygląda jakby się z jakiejś anime urwał i muszę powiedzieć, że coś w tej estetyce japońskich kreskówek jest. Czasem wydaje mi się, że z kieszeni zaraz dobędzie poke-balla... Za to Grabarz wygląda jak grabarz, być może nawet pracował jako grabarz, tak wielu zajęć się w swoim młodym życiu imał. Obecnie poza magazynem dorabia jako windykator należności dla przodującej na rynku lichwiarskiej spółki. Praca to wymagająca nieco zachodu, dlatego Grabarz nieodmiennie zjawia się w magazynie nad ranem cokolwiek z trumny wyjęty. Choć nie wygląda na łobuza, zdarza mu się zdemolować po pijaku autobusowy przystanek i potem się wstydzić, do czego się uczciwie przyznaje. Ale to żadne ekscesy, w porównaniu z tym, co ponoć kilka lat temu wyprawiał Wiesiu, kiedy po rozwodzie był w ostrym kilkumiesięcznym ciągu. Wiesiu teraz się bardzo uspokoił, a to za czarodziejskim dotknięciem kobiety. Tak, tak! Kobieta to najlepsze lekarstwo na skołataną męską duszę. Jak tym twardzielom głos łagodnieje, jak im zarost mięknie, kiedy tylko w słuchawce usłyszą swoje lepsze połowy! Na wszystko jest dobra kobieta. I na źle wypełnione deliwerki, i na kontrolny nalot kierownika operacyjnego Garbatego, i na komórkę z kanciapy skradzioną, i na popiździawę na dworze, i na upał przejebany, i na śniadanie, obiad i kolację, i na piątkowe wychodne, i na sobotnie popołudnie przed telewizorem, i na niedzielny wypad do M1. Kobiety brak tak dobrze tłumaczy szorstką powierzchowność i nadmierną wulgarność Waldka, jednego z brygadzistów (drugi to zabójczy Piotruś, brygadzista nr 137, dla którego szczebiotała blond sikoreczka). Waldziu z pewnością nie ma żadnej laski, a to dlatego, że jest zbyt wielki, a przy tym nadmiernie wulgarny i szorstki, aby się go nie bały. Wiesiu Wiesiołek jest najstarszym z chłopaków i na magazynierce zęby zjadł, przynajmniej lewą połowę górnej szczęki. Wesoły z niego gość, a słuch ma absolutny. Potrafi bez fałszu zaśpiewać każdy radiowy przebój i nawet słowa odtworzy bez przekłamań, a łeb dam sobie przy dupie upierdolić, że języków obcych nie zna. Fajnie się koło takich osób jak Wiesiu przebywa. Zupełnie się swoją wiesiołością nie narzucają i właśnie dlatego wprawiają w dobry nastrój. W akademickim środowisku w dobrym tonie jest drwić sobie z antropologicznych teoryjek Lombroso, a one, choć naiwne, to twardy rdzeń prawdy w sobie niosą. Nie ma dla człowieka rzeczy czytelniejszej nad twarz drugiego człowieka. Wypisane jest na niej wszystko: miłosne zawody, przebieg służby wojskowej, przychylna opinia szefa, wizyty u kosmetyczki, smak ostatniego posiłku, średni czas dojazdu i liczba starszych braci. Ale skąd mają o tym wiedzieć salonowcy, od kołyski hartowani w emocjonalnym chłodzie, powściągani gorsetem dobrego wychowania, które nakazuje każdemu jawić się jednako uprzejmie nijakim. Będzie mi was brakować, chopoki... tak jak Julii Roberts brakuje jej mongolskich pasterzy. Chrrrrrrrr...! Tfu! |
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||